Podróż Never Give Up!!! #6

Od rana w drodze,

a skoro tak to trzeba zobaczyć jak najwięcej. Na początek Portobello, z którego tak naprawdę niewiele pamiętam. Moją uwagę zwróciło inne miejsce. „Harington Point”. Piękne, bardzo spokojne miejsce, ale myślę, że tylko dlatego że jest teraz poza sezonem.

Harington Point
Harington Point

Klify i wzburzone morze, a także widoczne z daleka morskie zwierzaki wylegujące się na plaży.

Royal Albatross Centre

Można stąd wybrać się w miejsce, gdzie osiedlają się albatrosy. Nie wiedziałem, że są aż tak wielkie. W tutejszym muzeum można się wiele o nich dowiedzieć.  Gdyby pogoda była lepsza i moje skromne fundusze pozwoliły mi na rejs to pewnie bym się zdecydował.

Szlaki i przygoda,

to jest to co lubię najbardziej. Pogoda wraca do normy i wreszcie natrafiłem na miejsca, które, żeby zobaczyć, trzeba będzie poświęcić trochę wysiłku. Pierwsze z nich nie miało celu, ale chciałem przekonać się jak wygląda nowozelandzki busz.

Busz

Kolejny szlak był bardzo ciekawy, a ja dotarłem do Purakaunui Falls. Jest to średniej wielkości wodospad, rozłożysty, a woda spływa z kilku miejsc.

Purakaunui Falls

Nurt rzeki nie jest zbyt wartki, więc wydaje się być spokojny. Oczywiście to nie prawda i trzeba uważać. Woda kumuluje się i na końcu spływa z bardzo dużą siłą.

Trzecim miejscem był McLean Falls. Droga do niego jest trochę dłuższa i prowadziła wzdłuż rzeki. Potrzeba około godziny, żeby tam dojść, ale przyznam, że się opłacało. Było naprawdę pięknie.

McLean Falls

Wodospad rozkłada się na kilka półek, a rzeka ma tak silny nurt, że porywa wszystko co napotka po drodze. Udało mi się zrobić kilka ciekawych zdjęć, tak więc byłem bardzo szczęśliwy i zadowolony z całego wypadu.

Tu początek przygody

Gdzieś tam po drodze, późnym popołudniem natrafiłem na punkt widokowy nazwany Florence Hill.

Florence Hill

Stwierdziłem, że nadszedł czas zatankować, a nawigacja oczywiście prowadziła mnie do najbliższej stacji benzynowej. Na miejscu okazało się, że jest zamknięta. Myśl, no cóż będzie następna, ale na kolejnej też się nie udało. Tu zaświeciła mi się lampka rezerwy i pomyślałem, że może być słabo, bo do kolejnej jest około 50 kilometrów. Co zrobić, jadę i co się okazuje, stacji nie ma?! Do najbliższego większego miasta mam ponad 60 kilometrów, więc co robić? Jadę, bo i tak nie mam wyjścia.

Tego wieczoru prowadziłem najspokojniej jak tylko umiem. Tak, pobiłem rekord ekonomicznej jazdy, a na rezerwie przejechałem 113 kilometrów i sam nie wiem jak to możliwe. Później okazało się, że tego dnia było święto „Anzac Day” i sklepy, a także część stacji benzynowych są zamknięte. Cóż, chcąc nie chcąc dotarłem do Invercargill i tu mogłem odetchnąć.

Dodaj komentarz