Podróż Never Give Up!!! #3

Opito Bay,

to miejsce bardzo spokojne, ale myślę, że to tylko przez to, że sezon pomału się kończy. Nie było tu zbyt wielu ludzi, a plażą była dosłownie pusta. Tego dnia mimo słońca było dosyć chłodno i raczej niewiele osób zdecydowałoby się na kąpiel w oceanie, a jednak. Nie byłem to ja, ale zobaczyłem prawdziwie szaloną osobę. Młoda kobieta, która wbiegła dosłownie w chłodną toń oceanu i jakby nigdy nic pływała sobie wśród ogromnych fal. Mój kolega Steve powiedziałby tak… „MAD!!!”

Po całym dniu na plaży i lekkim odpoczynku, pomyślałem, że nie na co czekać i znajdę coś ciekawego. Jak to zwykle bywa w drodze zastała mnie noc, a gdzie ją najlepiej spędzić? Oczywiście że na kolejnej plaży. Kiedy dotarłem do Whiritoa Beach nie było widać praktycznie nic. Zatrzymałem się przy klubie surfingowym i chwilę później zasnąłem. Rano jakby z zegarkiem obudziłem się przed wschodem słońca, a że lubię spacery po plaży to nie mogłem sobie tego odmówić. Idąc brzegiem dotarłem w ciekawe miejsce, gdzie fale rozbijały się o skały i gdzieniegdzie widać było małe szczeliny do których wpływała woda. Zobaczyłem coś niesamowitego, ktoś bardzo się postarał, bo na skałach wyryte były imiona, aż musiałem sprawdzić i okazało się, że to nie piasek.

Whiritoa Beach

Ktoś jakby dłutem wykuł to wszystko w skale. Około południa dotarłem do miasta Tauranga. Jak dla mnie nie ma tam nic ciekawego, ale jako że znalazło się na mojej drodze to musiałem je zobaczyć i przy okazji uzupełnić zapasy.

Ciąg dalszy dnia w Rotorua

Zbliżają się święta Wielkanocne i musi być co do tego stosowna atmosfera. Zapytacie, dlaczego, a to dlatego że znajdują się tu źródła termalne. W powietrzu unosi się nie dla każdego przyjemny zapach siarkowodoru. Jeżeli wiecie czym to pachnie to, dlatego o tym wspominam. Jestem w tym mieście już drugi raz i naprawdę je polubiłem. Wszystkie te bulgoczące źródełka, dymiące kratery, wiele miejsc związanych z kulturą Maori i klimatyczna atmosfera miasta.

Rotorua

Muszę przyznać, że gorąca woda bijąca spod ziemi ma lecznicze właściwości. Pomogła mi ukoić świąd po ugryzieniach komarów. Wieczorem zwiedziłem trochę centrum i udało mi się dotrzeć do Eat Street, gdzie można spróbować specjałów kuchni z całego świata. Jest tam wystawiona też specjalna instalacja, która przy dotknięciu mówi do ciebie różne ciekawe słowa i zadania. Nie udało mi się jednak ustalić nazwy tego miejsca, więc może ktoś bardziej obeznany wie i powie coś o tym.

Rotorua

Wróciłem do Government Gardens z postkolonialnymi budynkami i przylegającego do nich jeziora Rotorua, Kairau Park z dymiącymi kraterami i źródełkami, a także do wioski Tamaki Maori. To był mile spędzony czas i wiem, że zawsze będę tu wracał z przyjemnością.

300 kilometrów na południe,

gdzie znajduje się miasteczko Te Araroa. Nigdy nie widziałem tak wzburzonego oceanu, a fale z hukiem rozbijały się o brzeg. Okolica to ciche miejsce pomiędzy górami, a wielką wodą.

Te Araroa

Myślałem, żeby tu zostać na noc, ale następnego dnia miałem kilka niecierpiących zwłoki spraw i musiałem wyruszyć dalej. Tego wieczoru rozpadał się deszcz, a ja byłem w drodze do Gisbourne. Zmęczenie dało mi się we znaki i 20 kilometrów od celu nie dałem rady. Miejsce jak miejsce, plaża jak plaża, ciemno, więc nie chciało mi się już niczego oglądać. Rano zaskoczenie, piękny widok, a wszystko to w miejscowości Turihaua. Pacyfik był tutaj tak spokojny, że aż nie mogłem uwierzyć. Po ogarnięciu się w Gisbourne, postanowiłem ruszyć w kierunku parku narodowego Te Urewera.

Jakież było moje zaskoczenie,

kiedy około 70 kilometrów od celu jedyna droga została zamknięta. Nie oglądam telewizji, więc nie wiedziałem co się dzieje. Później okazało się, że nad północną część Nowej Zelandii dotarł „Cyklon Debbie” i wiele dróg została zalana. W tych dniach deszcz nie przestawał padać i w wielu miejscach były ustawione blokady, albo zwężenia dróg, ze względu na osuwającą się ziemię. Pomyślałem, że odłożę tą wizytę na czas, kiedy będę wracał w kierunku Auckland.

Jezioro Taupo,

a już miałem tu nie jechać. Jednak zostało mi trochę czasu i pomyślałem, że dlaczego nie. Mimo że jest to największe jezioro Nowej Zelandii to nie zadziwia mnie niczym. Jest po prostu duże i tyle. To tylko moja opinia, więc nie kierujcie się nią. Jeżeli chcecie je zobaczyć to nie odradzam. Spędziłem nad nim noc i poranek, wybrałem się na spacer do miejsca, które odwiedziłem ponad dwa lata temu. Wrażeń nie mam specjalnych i nie chcę opisywać czegoś na siłę.

Jezioro Taupo

Droga do Wellington

Warunki były okropne, nad wyspą szalał cyklon, a ja jakby nigdy nic jechałem sobie do stolicy. Niewiele było widać i nawet nie chało mi się zatrzymywać, żeby cokolwiek zobaczyć. Gnałem prosto do Wellington z myślą, że będzie to miasto jak inne. Byłem bardzo zaskoczony tym co zobaczyłem na miejscu. Mimo że dotarłem tu ostatnim razem to moim celem był tylko port i przeprawa na South Island. Zacząłem moje zwiedzanie od centrum,

Parlament Nowej Zelandii w Wellington

ale ze względu na problemy z parkowaniem ruszyłem na obrzeża. Nie zawiodłem się i to co zobaczyłem przerosło moje oczekiwania. Miasto przypomina mi jedno z moich ulubionych miejsc w Stanach. Wygląda architekturą i położeniem jak San Francisco, a jedyne czego brakuje to most Golden Gate.

Wellington

Zobaczyłem parlament. Co ciekawe to składa się on z trzech budynków, biblioteki, owalnego, gdzie prawdopodobnie odbywają się obrady i głównego. Później przeszedłem się wybrzeżem, byłem w porcie i pojeździłem po wzgórzach na których położone jest całe miasto. Mimo słabej pogody, przelotnego deszczu i chłodu, dzień uznałem za udany.

Wieczór i poranek w New Plymouth

Z tym miastem mam pozytywne wspomnienia i chociaż pierwsza wyprawa była bardzo napięta w czasie to musiałem tu wrócić. Pierwsze moje kroki zaprowadziły mnie na plażę i szlak wzdłuż wybrzeża. Jest tu mało spotykany dla mnie, jak do tej pory czarny wulkaniczny piasek. Pomyślałem, że słyszałem o nim tylko od mojego kolegi Michała, który widział go na Wyspach Kanaryjskich. Musiałem przejść i przekonać się na własnej skórze czy rzeczywiście aż tak się nagrzewa. Nie udało się, bo pogoda był bardzo kapryśna i co kilkadziesiąt minut padał przelotny deszcz. Miło jednak chociaż przez chwilę zamoczyć nogi w wodach morza Tasmana. Dalej pomyślałem, że wrócę na szlak biegnący wzdłuż wybrzeża i zobaczę niezwykłe formacje skalne wymyte przez wzburzone fale.

New Plymouth

No właśnie, fale są tu ogromne i w niektórych miejscach znajdują się specjalne bramki blokujące dostęp w razie złych warunków atmosferycznych. Jest to kolejne wymarzone miejsce dla surferów, a woda rozbijająca się o kamienne falochrony rozpryskuje się tak że można wyjść stamtąd mokry. Samo miasto przypomina inne, a ja przeszedłem je z bez najmniejszych problemów. Z atrakcji odwiedziłem muzeum sztuki nowoczesnej, którego budynek jest naprawdę wyjątkowy, a instalacje, hmm… To już dla tych którzy lubią coś takiego. Czy mnie zadziwiło, chyba nie. Jednak polecam to miejsce z wielu względów.

Śniadanie Wielkanocne,

było trochę mniej tradycyjne niż zwykle. Starałem się w nim zawrzeć wiele symboli, które na pewno nawiązują do tych świąt. Były oczywiście jajka, co prawda czekoladowe, kiełbasa, obrus z barankiem i małe dodatki warzywne. Te ostatnie to mniej tradycyjne, ale trzeba sobie jakoś radzić.

Śniadanie Wielkanocne w Mokau

Jedno z czekoladowych jajek było z niespodzianką, a w środku odnalazłem Smerfa z plecakiem. Cóż za zbieg okoliczności dla podróżnika, czyż nie? Wszystko odbyło się w miejscowości Mokau, a ja ten czas spędziłem całkiem przyjemnie. Najważniejsze, że nie czułem się samotny. Byłem w kontakcie z rodziną i moją dziewczyną Karolcią. Cieszę się, że jakoś to ogarnąłem, bo była to moja pierwsza Wielkanoc spędzana w ten sposób.

Cyklon szaleje

i niestety nie daje mi szans na zobaczenie dwóch ostatnich miejsc widniejących na moim planie. Pierwsze to Te Urewera National Park, a drugie Tongariro Alpine Crossing. To drugie było otwarte, ale ekstremalne warunki zniechęciły mnie do wyruszenia. Jak nie drogi to szlaki były kompletnie zalane przez ciągle padający deszcz. Jedyne co udało mi się zobaczyć i był to zupełny przypadek to jezioro Rotoaira.

Jezioro Rotoaira

Wielkanocny poniedziałek

to przedostatni dzień na wyspie północnej. Jest mi bardzo miło, bo zostałem zaproszony na spotkanie w kościele Świętej Bernadety w Auckland. Oprócz moich znajomych Agnieszki i Przemka, którzy organizowali całą imprezę poznałem wielu miłych ludzi. Oprócz tego ten czas nie był dla mnie samotny i miło było porozmawiać w ojczystym języku.

Ostatni dzień w Auckland,

a ja przygotowuję się do wylotu. Rano pakowałem plecak i żegnałem się z moją ulubioną plażą Tamaki Beach. Trzeba przyznać, że ma urok i zawsze miło spędzam tu czas. Popołudniu przyszedł czas na to, żeby dotrzeć na lotnisko. Mój jest lot dopiero wieczorem, a ja musiałem jakoś zająć sobie czas. Pomogła mi trochę Karolcia i w miarę się udało. Był jednak mały problem, bo z planowanego lotu o godzinie 19:00 wyszły nici. Awaria techniczna samolotu przedłużyła mój czas oczekiwania o kolejne 4 godziny. Cóż nie ma podróży bez przygód.

Nareszcie dotarłem do Christchurch

Było dokładnie pięć minut przed północą jestem na wyspie południowej. Zaczynam kolejny etap i mam nadzieję, że będziecie ze mną…


Dodaj komentarz